Ale wstyd!!!
H. boi się lekarzy. No, żeby córka pana doktora wpadała w panikę na widok białego kitla? I nie mówię tu o lekkim dystansie, niechęci, czy nawet odrazie. Mam na myśli spazmy, wrzaski i ataki furii.
Do ukończenia przez H. pierwszego roku życia odwiedzaliśmy różnego rodzajów specjalistów, ale raczej w celu konsultacji. Na szczęście poważne choroby nas ominęły. Powiedziałabym, że wizyt było trochę powyżej średniej, którą obliczyłam sobie obserwując znajomych rodziców z małymi dziećmi. Natomiast po roczku zaczęły się intensywniejsze kontakty z innymi dziećmi, a co za tym idzie wymiana bakterii i wirusów. Pojawiły się lekkie przeziębienia, które w myśl zasady, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, czasem wymagały osłuchania przez pediatrę. I to owe trzy zaledwie wizyty spowodowały wrogość H. do medyków. A nasza pani pediatra się tak starała: delikatnie badała, przemawiała, zabawki pokazywała... Nawet naklejkę podarowała:
Cóż, wiele można o H. powiedzieć, ale na pewno nie zasługuje na miano "dzielnego pacjenta". Wiem, że u dorosłych zaobserwowano "syndrom białego fartucha" objawiający się wzrostem ciśnienia na widok lekarza, ale żeby dziecko już na wstępie się zraziło?
Postanowiliśmy działać. Kupiliśmy zestaw "Poznaj swojego wroga", czyli komplet przyborów lekarskich i jazda: osłuchujemy H. i siebie nawzajem, robimy zastrzyki lalom, badamy przewody uszne misiom, mierzymy ciśnienie kotu... Innymi słowy: bawimy się w lekarza i proszę mi tu bez zbędnych skojarzeń.
Trzymajcie kciuki, choć mam nadzieję, że okazja do przetestowania skuteczności metody szybko się nie pojawi!





