wtorek, 19 listopada 2013

Dzielny pacjent, czyli kto się boi lekarza

Ale wstyd!!! 

H. boi się lekarzy. No, żeby córka pana doktora wpadała w panikę na widok białego kitla? I nie mówię tu o lekkim dystansie, niechęci, czy nawet odrazie. Mam na myśli spazmy, wrzaski i ataki furii.

Do ukończenia przez H. pierwszego roku życia odwiedzaliśmy różnego rodzajów specjalistów, ale raczej w celu konsultacji. Na szczęście poważne choroby nas ominęły. Powiedziałabym, że wizyt było trochę powyżej średniej, którą obliczyłam sobie obserwując znajomych rodziców z małymi dziećmi. Natomiast po roczku zaczęły się intensywniejsze kontakty z innymi dziećmi, a co za tym idzie wymiana bakterii i wirusów. Pojawiły się lekkie przeziębienia, które w myśl zasady, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, czasem wymagały osłuchania przez pediatrę. I to owe trzy zaledwie wizyty spowodowały wrogość H. do medyków. A nasza pani pediatra się tak starała: delikatnie badała, przemawiała, zabawki pokazywała... Nawet naklejkę podarowała:


Cóż, wiele można o H. powiedzieć, ale na pewno nie zasługuje na miano "dzielnego pacjenta".  Wiem, że u dorosłych zaobserwowano "syndrom białego fartucha" objawiający się wzrostem ciśnienia na widok lekarza, ale żeby dziecko już na wstępie się zraziło?

Postanowiliśmy działać. Kupiliśmy zestaw "Poznaj swojego wroga", czyli komplet przyborów lekarskich i jazda: osłuchujemy H. i siebie nawzajem, robimy zastrzyki lalom, badamy przewody uszne misiom, mierzymy ciśnienie kotu... Innymi słowy: bawimy się w lekarza i proszę mi tu bez zbędnych skojarzeń.


Trzymajcie kciuki, choć mam nadzieję, że okazja do przetestowania skuteczności metody szybko się nie pojawi!


czwartek, 7 listopada 2013

10 000, czyli sex i szczepionki

Na blogu pękło 10 000 wyświetleń, więc bardzo Wam wszystkim (znajomym i nieznajomym) dziękuję za odwiedzanie! No i chcę podkreślić, że licznik nie wlicza moich odsłon, uczciwie sumuje tylko zewnętrzne wyświetlenia. 

Z tej zacnej okazji na blogu parę kosmetycznych zmian. Po pierwsze: licznik. Noo, musiał się pojawić, skoro jest się czym pochwalić. Po drugie: wyszukiwarka. Po trzecie: etykiety - zadałam sobie trochę trudu i posegregowałam posty w grupy. Wyszło mi, że sporo się powtarzam... W każdym razie, jeśli kogoś interesują tematy związane z dziećmi, to teraz je na pewno łatwiej odnajdzie w jednym miejscu, o medycynie (czyli o czymś, o czym nie mam bladego pojęcia) piszę w "quasi-medycznie", "promo" to posty o nas i blogu, "kompleksy polskie" to sprawy, które mnie denerwują (pisanie o nich działa na mnie terapeutycznie), a jeśli ktoś chce poznać życie intymne lekarzy to zapraszam do "lekarz też człowiek". Reszta etykiet jest chyba jasna i mówi sama za siebie. A propos życie intymne, to zdradzę jak podbić statystyki na blogu: wystarczy użyć 2 słów-kluczy: sex i szczepienia - wzrost liczby odwiedzin gwarantowany (te posty mają u mnie najwięcej odsłon). A tak serio: nie traktujcie tu wszystkiego co piszę tak bardzo... serio.

Po czwarte i ostatnie - wreszcie rozszerzam listę blogów, które odwiedzam:

Perfekcyjnej Ani apartament44.blogspot.com
Niepokornej Ewy www.piegowata-ewa.pl
Utalentowanej Alicji alicjapardej.blogspot.com
Wrażliwej Joanny ioanqa.blox.pl
Kawowej Bożeny guajirass.wordpress.com
Wierzącej Anny bubinkowo.blogspot.com
Poprawnej Magdy filolozka.brood.pl
Podróżującej Basi podrozehani.blogspot.com
Analizującej Anity www.srokao.pl
(roz)Stającej się Agnieszki 365agni.blogspot.com

Każdy blog jest inny, ale coś je łączy - piszą je utalentowane kobiety. Piękne i zdolne mamy Polki, a dziś podobno jest Dzień Feministek, wiedzieliście?

W blogosferze za dużo nie siedzę, więc nie mam pojęcia, czy 10 000 w rok to dużo, czy mało. Mi się wydaje dużo, jak na blog w założeniu pisany dla znajomych, mój brak zaangażowania w promocję na innych blogach i średnio ledwo trzy posty w miesiącu. Uchylając rąbka tajemnicy przyznam, że tematów mi nie brakuje, za to czasu tak. Każdy post powstaje w jeden wieczór, ale długo dojrzewa w mojej głowie. Po prostu wolę pobawić się z H. i (trochę) poprzebywać z M., niż pisać blog. Ale to chyba zdrowe. The real world is out there.

sobota, 2 listopada 2013

Zaduszki, czyli na poważnie o śmierci

Zastanawialiście się kiedyś, co czuje lekarz, któremu umrze pacjent?

Bo ja wielokrotnie myślałam o tym, co przeżywa M. tracąc chorego.

W moim życiu jest parę duchów zmarłych krewnych i znajomych. Wiem, że w świecie M. jest tych dusz o wiele, wiele więcej.

Lekarze różnie podchodzą do tematu śmierci. Znam takich, którzy zawierzają to Bogu. Znam takich, którzy stosują wyparcie. Znam wreszcie takich, który obracają wszystko w czarny humor mówiąc: "po dzisiejszym dyżurze 1:0 dla Tej z Kosą", "pacjent z 5 wylądował na 12 piętrze" [w szpitalu jest 11 pięter], "ten z 6 wybiera się do domu. Ale do Domu Pana".

Mnie już to nie szokuje, żadne zachowanie doktorów nie dziwi. Bo wiem, że na postawione na wstępie pytanie nie można odpowiedzieć. Tego sobie nie można wyobrazić.

M. do wylewnych nie należy, sporadycznie przynosi pracę do domu, a już niezwykle rzadko rozmawia ze mną o śmierci swoich pacjentów.

I właśnie dlatego tak bardzo mnie wczoraj (w Dzień Wszystkich Świętych) zaskoczył: "Dziwnie tak chodzić po tym cmentarzu - wiedząc, że leży tu tak dużo osób, którym starałem się pomóc, ale się nie udało."

by Subyello, via Flickr

czwartek, 31 października 2013

Halloween, czyli tydzień żywych trupów

Dawno postu nie było, bo... chora byłam. Pamiętacie, jak pisałam o szczepionce przeciwko grypie? Tu zamieszczam link, można sobie odświeżyć. Otóż postanowiłam przestać teoretyzować i sama się również zaszczepić. Poświęciłam się, ale to wszystko dla was - na pewno to docenicie...

Ale nie tylko chęci poznawcze mną kierowały. Inne powody (wymieniam w przypadkowej kolejności) to:
1. Czuję się ostatnio osłabiona, mój organizm daje mi znać, że nie jest OK
2. Nie chcę zarazić czymś poważnym H.
3. M. ma non stop kontakt z wirusami i bakteriami, a ja mam kontakt z nim (choć nie non stop)
4. Sezon się jeszcze na dobre nie zaczął, a ja już zaliczyłam przeziębienie i tzw. grypę żołądkową
5. Wyznaję szczerze: nie jadam zdrowo, nie prowadzę też aktywnego stylu życia

Poszłam więc na łatwiznę i w miniony piątek zakupiłam w aptece (bo w przychodni zabrakło) szczepionkę, a następnie zostałam przez miłą panią pielęgniarkę nakłuta.

Rezultaty? Przez dwa dni po szczepieniu napiep... bolała mnie ręka, a potem wystąpiły objawy przeziębienia (ból gardła, katar, uczucie zmęczenia). Wow, ja to mam szczęście. Pytałam wszystkich znajomych, którzy się szczepili - nikt nie miał objawów poszczepiennych. Łyknęłam więc superhipersilny lek - taki, co to się go bierze, jak się jest chorym, a do pracy chodzić trzeba (jakoś w październiku i listopadzie mamy w domu kultury wysyp imprez, a poza tym staram się wykonywać obowiązki pełnego etatu w 3/4, powtarzam: staram się). 

Przez ostatni tydzień chodziłam więc lekko zamroczona, prawdziwe zombie, ale M. wspominał coś o silnych składnikach owego leku... W każdym razie: dziś już jest lepiej i wcale (już) nie żałuję, że się zaszczepiłam. Zobaczymy, jak przeżyję sezon grypowy.

Muszę jeszcze dodać, że ten post nie jest sponsorowany przez żadnego producenta szczepionki przeciwko grypie i niestety nie dostanę za jego napisanie wycieczki do ciepłych krajów. Niestety.


Co do wyższości Dziadów (i Wszystkich Świętych, a co za tym idzie Dnia Zadusznych) nad Halloween, to nie będę się rozpisywać - wszyscy już to zrobili - od wielu lat, konsekwentnie stoję pośrodku i wyznam krótko: Halloween - nie obchodzę, ale też nie potępiam. 



piątek, 11 października 2013

Porszaki i dżaguary, czyli pokaż lekarzu, co masz w garażu (kompleksy polskie część druga)

Obiecany tu post.

Też macie wrażenie, że w Polsce nie wybacza się sukcesu, a już szczególnie jeśli idzie on w parze z dobrą sytuacją finansową? Bo ja tak i to od dawna - na długo przed tym, jak z dziewczyny po humanistycznych studiach, z 6-osobowej średniozamożnej rodziny, stałam się spełnioną zawodowo kobietą i żoną swojego męża, którego zawód predestynuje do zaliczania się do elity (uwaga: ironia!). 

Gdy gdzieś w mediach pojawia się narzekanie lekarzy na zarobki, zwykle jakiś anonimowy komentator prędzej czy później przypomni owo słynne porzekadło "pokaż lekarzu, co masz w garażu". Chyba nikt oprócz księży nie jest tak często rozliczany z tego, czym jeździ. Ale o księżach tu dziś nie będzie, nazwisko pewnego arcybiskupa pojawiło się odmieniane przed wszystkie przypadki u prawie wszystkich moich znajomych, więc wybaczcie, ale ja sobie podaruję ten temat.

Więc jak to jest z autami lekarzy? Powiem tak: znam takich, którzy rozbijają się samochodami, których ceny moja niezdolna do matematycznych uniesień głowa nie jest w stanie ogarnąć. Ale znam też takich, który poruszają się czymś, co bardziej przypomina kuwetę na kółkach niż auto. Jest to więc uwarunkowane sytuacją finansową - każdy jeździ tym, na co go stać. Czyli (co może być dla niektórych szokiem) dokładnie tak jak w innych grupach zawodowych! Choć trzeba uczciwie powiedzieć, że "doktory" mają słabość do luksusowych marek... Może dlatego, że sporo czasu spędzają w drodze, a dilerzy skutecznie ich kuszą.

Czym jeździ M.? Otóż M. jeździ niezłym furaczem. Oczywiście co jest dla kogo furaczem jest względne, ale jeśli chodzi o mnie, to ma prawdziwie wypasioną brykę - normalnie cudo niemieckiej myśli inżynieryjnej. I tu podziękowania dla brata M., który jako pracownik korporacji motoryzacyjnej związanej z ową niemiecką marką, ma duuuże zniżki dla swojej rodziny (pozdrawiamy cię Mr!). 

Czym jeżdżę ja? Po sprzedaży mojego poprzedniego auta obiecaliśmy sobie, że kolejnego francuza nie kupimy. Niedawno, po pół roku oszczędzania, kredytowania i przeglądania milionów ofert na portalach samochodowych kupiliśmy wreszcie samochód dla mnie. I tu zaskoczenie: wybraliśmy.... popularny model francuskiego producenta. No cóż, podobno człowiek uczy się na błędach - my do tych ludzi najwyraźniej nie należymy. I tu kolejne podziękowania, tym razem dla naszego Szefa Wszystkich Mechaników (zwanego też Królem Zderzaków) za zniżkę w warsztacie. A przy okazji pozdrowienia dla naszej dystrybutorki części zamiennych, dla której rozmowa o reflektorach ksenonowych do golfa to czysta przyjemność. 



I na koniec chciałam jeszcze dodać, że jak już będziemy obrzydliwie bogaci to M. będzie jeździł porsche 911, a ja jakimś pięknie odrestaurowanym, starym jaguarem.