poniedziałek, 5 stycznia 2015

2015, czyli sytuacja patowa

Z okazji Nowego Roku parę kosmetycznych zmian na blogu - by zanadto nudą nie wiało. Rozważałam też zmianę adresu bloga, ale skoro już jestem sławna pod tym, a nie innym mianem, to pozwoliłam sobie tylko na modyfikację tytułu. Mam nadzieję, że odniesienie do "Pamiętników młodej lekarki" jest nadal czytelne. Odświeżyłam też post "Kto jest kim".

Mogłabym napisać coś o zamieszaniu w związku z niepodpisanymi przez niektóre przychodnie kontraktami z NFZ, ale za bardzo drażni mnie ten temat. Lekarze mają swoje racje, jeśli chcecie znać ich opinię poszukajcie w sieci np. tu albo tutaj. Być może minister i fundusz też chcą dobrze. Na razie coraz bardziej zdezorientowani, a co za tym idzie wściekli, są pacjenci. Jeszcze niedawno skłócono rodziców z nauczycielami. Teraz nadwyręża się (i tak mocno nadszarpnięty) stosunek społeczeństwa do lekarzy. Pozostawiam to bez komentarza.

Gdyby to kogoś interesowało, to jedna z przychodni, w której M. pracuje kontrakt podpisała, ale ona utrzymuje się także z wynajmów prywatnych gabinetów i dodatkowo płatnych zabiegów czy badań. Druga nie podpisała - dziś ma się odbyć spotkanie zarządzających z pracownikami. Trzeba się zastanowić co dalej, bo przychodnia to nie tylko lekarze, ale i pielęgniarki, rejestratorki, obsługa administracji i obsługa techniczna. Ci ludzie są w tej chwili bez pracy, ale o tym się w mediach jakoś nie mówi.

Aby oderwać się od trudnych spraw i rozładować nieco emocje, zainspirowana tym artykułem, a także w nawiązaniu do nowego tytułu bloga, prezentuję moją interpretację 5 mitów dotyczących bycia żoną lekarza:

1. Nie musi chodzić do lekarzy, przecież ma doktora w domu.
Pisałam już tu tysiąc razy, że szewc bez butów chodzi, a żona lekarza niezdiagnozowana. M. rzadko, niechętnie i bardzo ogólnie wypowiada się na temat moich (wyimaginowanych czasem) chorób i przypadłości. Co prawda jest specjalistą chorób wewnętrznych i posiada naprawdę rozległą wiedzę, ale nie jest omnibusem znającym się na wszystkim. Z trudem wyciągam z niego porady, zalecenia jakie leki mam zażyć, czy do jakiego lekarza mam się udać - a najczęściej słyszę właśnie, że mam iść do (innego) lekarza. O ile jeszcze (zwykle po awanturze) czasami uda mi się coś wyciągnąć z M. na temat mojego zdrowia, to w stosunku do naszej córki M. jest więcej niż niechętny do diagnozowania i leczenia. Większość lekarzy (jeśli nie wszyscy) potwierdzi wam, że rodziny się nie leczy.
A, no i jeszcze jedno - gdy coś się dzieje "czasem" M. nie ma w domu. Pracuje. Pomaga innym.

2. Mąż może jej wypisać każdą receptę, jakiej potrzebuje/zapragnie.
Nie każdą. Nie zawsze. Ale gdy jest potrzeba mogę go prosić o receptę. Zwykle chodzi o jakieś leki na przeziębienie lub antybiotyk w razie potrzeby. Przyznaję, że jest to duża wygoda - nie pamiętam kiedy byłam ostatnio u swojego lekarza rodzinnego. Natomiast po leki specjalistyczne chodzę do specjalistów.
Staram się nie nadużywać cierpliwości M. i tego przywileju. Nigdy też nie skorzystałam ze zwolnienia lekarskiego wypisanego przez mojego męża (choć moja deklaracja jest w jego poradni i teoretycznie mogłabym to wykorzystać).

3. Ma mnóstwo kasy.
Innymi słowy - jest bogata. W Polsce zarobki to temat tabu. Są lekarze, którzy zarabiają bardzo dobrze; są tacy, którzy tylko dobrze, a znam i takich, którzy muszą się liczyć z każdym groszem. Moim zdaniem M. nieźle zarabia. M. w trakcie specjalizacji pracował około 300 godzin miesięcznie - uczciwie i ciężko - w szpitalu, poradni i na dyżurach. Dzięki temu lokujemy się gdzieś w wyższej klasie średniej: stać nas na kredyty.

4. Jest żoną lekarza, więc możesz ją zapytać o dowolną chorobę - na pewno ci pomoże.
Taaa. Pamiętajcie, że piszę bloga z pogranicza medycyny, odcinając jedynie kupony od rozumu męża. Jakiekolwiek porady tutaj się znajdujące są konsultowane z M. lub poparte wiarygodnymi artykułami ze sprawdzonych stron. Nie jestem lekarką, nie posiadam ani promila tej wiedzy lekarskiej, którą posiada M. W odniesieniu do mojego zdrowia kieruję się głównie intuicją, a zapytana o zdanie w sprawie chorób innych, próbuję jakoś pomóc, ale zwykle bezskutecznie. Na marginesie dodam, że zawsze się przejmuję, gdy ktoś opowiada mi o swoich (lub rodziny) dolegliwościach, ale nie zawsze daję to po sobie poznać. Za wiele razy przekonałam się, że ludziom wcale nie zależy na uzyskaniu konkretnej pomocy, tylko na wygadaniu się - ponarzekaniu na własne zdrowie, innych lekarzy, system opieki zdrowotnej...

5. Rzadko widuje męża, który ciągle pracuje i nie ma czasu dla rodziny.
To prawda - ale tylko częściowo. M. to cudowny mąż, który wykonuje praktycznie wszystkie obowiązki domowe. A także wspaniały ojciec, który pomaga przy wszystkich czynnościach związanych z opieką nad dzieckiem. Tak, często mi go brakuje. Ale chciałabym go mieć tylko na własność - dla siebie. Przez te pięć lat specjalizacji M. sporo pracował, by zaliczyć kursy i staże, zdobyć doświadczenie i poszerzyć wiedzę, nabić punkty edukacyjne i utrzymać finansowo naszą rodzinę. Teraz jest okres małej (a jak się okazuje bardzo kruchej) stabilizacji i rozważania planów na przyszłość. Co przyniesie 2015 rok?

2 komentarze:

  1. Niesamowity blog! Postaram się wpadać tu częściej a w wolnej chwili zapraszam też do siebie: http://m-medycynka.blogspot.com/ :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowo! Pozdrawiam!
      A.

      Usuń

Będę wdzięczna za każdy komentarz, ale spamerom i hejterom dziękuję, nie publikuję!