piątek, 27 grudnia 2013

Gąska, renifer i papuga, czyli książki polecają się na prezent

Mimo, iż czuję pewien dyskomfort chwaląc się publicznie prezentami - dla nich robię wyjątek. Książki. Od zawsze uważam, że to wspaniały pomysł na upominek i to z każdej okazji. Pod naszą choinką musiały się więc znaleźć. Dla nas, ale przede wszystkim dla H. Odkąd jestem mamą, odkrywam jak niewyczerpany mamy w Polsce rynek pięknie ilustrowanych, mądrze napisanych, po prostu z dbałością wydanych książeczek dla dzieci. Pisze o nich ze znawstwem Ania, rękę do wyszukiwania niebanalnych pozycji ma też Sroka, no i Mama z Good Mood Food mogłaby co nie co o swoich lekturach napisać, gdyby nie to, że smakowicie pisze o jedzeniu. O naszych ulubionych pozycjach pisałam już wcześniej - tu. Dziś kontynuuję ten wątek, ale z nadzieją na przedłużenie bożonarodzeniowego nastroju, proponuję dzieła świąteczno-zimowe: 

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Spokojnych Świąt, czyli Merry Christmas slowly and powoly

Na Święta Bożego Narodzenia życzę wam tego, czego sama pragnę:

spokoju i odpoczynku,

partnera/partnerki z wami, a nie w pracy,

zapachu ciasta i ciasteczek roznoszącego się po całym domu,

posprzątanego domu, który się ponownie nie zbrudzi

i żeby Święta trwały w nieskończoność, albo przynajmniej wlokły się jak

ślimak.


A przede wszystkim:

zdrowia dla was i waszych bliskich!

czwartek, 19 grudnia 2013

Pierniczę to, czyli dlaczego nie piekę

Święta Bożego Narodzenia zbliżają się nieubłaganie i jak co roku wszyscy pierniczą. To znaczy pieką ciasteczka i się tym chwalą. Na blogach, serwisach społecznościowych, zdjęciach podretuszowanych dla wzmocnienia efektu... A ja co? A ja to pierniczę - nie piekę! A co gorsza - nie gotuję! Mam ku temu kilka powodów:

czwartek, 12 grudnia 2013

O nas, czyli kto jest kim (grudzień 2013 - aktualizacja)



A. - kulturoznawczyni. Przez rok intensywnie udzielała się jako House Manager/Baby Assistant w firmie Family. Wróciła do pracy zawodowej i spełnia się jako specjalista (który zna się na wszystkim, ale na niczym dokładnie) w Domu Kultury. Humanistka. Optymistka. Idealistka, ufa ludziom. Rozdarta pomiędzy Desperate, a The Perfect Housewife. Wierzy w zdrowy rozsądek i dystans. Stosuje samokrytycyzm, ale jest przewrażliwiona na swoim punkcie.


M. - lekarz w trakcie specjalizacji. Pracuje w szpitalu, poradni, sporo dyżuruje. W domu bywa - czasami. Pan na włościach, domowy perfekcjonista. Umysł ścisły. Pesymista. Uważa, że ludzie kłamią, szczególnie pacjenci. Skupiony na zapewnieniu rodzinie wysokiego standardu życia. Z wyglądu niedostępny, zyskuje przy bliższym poznaniu. Lubi swoją pracę, szanuje swoją żonę i jest zakochany w swojej córeczce.


H. - najnowszy nabytek w rodzinie. Zwana Lwicą z Ligoty. Głośna. Cudna. Ciekawska. Codziennie uczy się czegoś nowego, zadziwiając i zachwycając rodziców. Rozwija się w swoim tempie. Uwielbia przeglądać książki, uzależniona od przytulania, jej świat składa się z "mama" (wymawiane z namaszczeniem), "tata" (wymawiane bardzo szybko) i "koko" (wymawiane bez literki "t" na końcu). Zalicza level up: chodzenie i odpieluchowywanie (pantsy!). Znana z wybuchów śmiechu w najmniej spodziewanych momentach. Na razie dokładnie nie wiadomo, co z niej wyrośnie. 


E. - kot rasy Russian Blue. Zdetronizowany pupil. Z królewską godnością znosi odstawienie na boczny tor. Towarzyszy swoim podwładnym (czyli A.M.H.) przy każdej, nawet najintymniejszej czynności. Raczej opanowany, ale od czasu do czasu dostaje kotolca (koci odpowiednik - pardon - pierdolca). Gdy nie goni za szeleszczącym papierkiem, zwykle zajmuje się tym, czym wszystkie koty w wolnym czasie, czyli obmyśla plan pozwalający na zawładnięcie światem. Pochodzi z hodowli Grey Sky*PL www.greysky.pl


Poprzednie wersje "kto jest kim" TUTAJ i TU .

sobota, 30 listopada 2013

Gingerism, czyli strach przed Innym (kompleksy polskie część trzecia)


Dobiegł końca podobno najsmutniejszy, najbardziej depresyjny i obfitujący w samobójstwa miesiąc w roku. W dodatku arktyczny wiatr przypomina, że lada moment "winter is comming". A ja wbrew aurze skrobię bardzo słoneczny post.


Nigdy nie wybiegałam myślami za bardzo w przyszłość. Nie wyobrażałam sobie swojego ślubu, nie zastanawiałam się jak to będzie mieć dziecko, a kłopoty starałam się odsuwać w czasie zgodnie z maksymą Scarlett O'Hara "Nie chcę o tym teraz myśleć. Pomyślę o tym jutro". Ale uwielbiam marzyć i często to robię - w przeciwieństwie do mojego twardo stąpającego po ziemi męża. Moje marzenia dotyczą teraźniejszości, ale mam taki jeden, stale powracający i dotyczący przyszłości, obraz w głowie: idę z moją córką, na oko 4-5 letnią, drogą w stronę domu (hotelu?), jest lato, jesteśmy w jakimś ciepłym kraju, wracamy znad morza, w rękach niesiemy ręczniki, foremki, materace i tysiąc innych drobiazgów niezbędnych na plaży, a nasze włosy, jeszcze odrobinę mokre po kąpieli, lśnią w promieniach zachodzącego słońca.

Zastanawiacie się, dlaczego uraczyłam was tym kiczowatym obrazkiem? Bo to o włosy tu chodzi. Bowiem moja córka w tym marzeniu ma rude włoski. 


Przyznam szczerze i otwarcie: uwielbiam rude włosy. U mężczyzn i kobiet. Kocham też piegi, pieguski - wszystkie te małe pocałunki słońca. Idealna, alabastrowa skóra? Nuuuda! Uważam, że to dzięki "niedoskonałościom" jesteśmy piękni. Dlatego tak strasznie mnie denerwuje, gdy słyszę "rudy to fałszywy/złośliwy/chytry". Zastanawiam się, czy nadal żyjemy w średniowieczu? Czy bycie wyjątkowym (rude włosy ma zaledwie 1-2 % światowej populacji) nadal skazuje na wytykanie palcami? Czy ludzie nadal wierzą w to, że wygląd, kolor skóry, wyznanie, narodowość, orientacja seksualna wpływają na określone - stereotypowe - cechy charakteru?


M. też lubi rude. Niestety. Niestety, bo moja fryzjerka mimo moich nieśmiałych prób namówienia jej na złocisty odcień, z całą stanowczością odpowiada, że przy moim "chłodnym" typie urody, miedziany to byłaby katastrofa. 

H. nie ma rudych włosów. Urodziła się z ciemnoblond, potem przez parę tygodni wydawało się, że będzie rudziaszkiem (tak ją wtedy nazywaliśmy), ale obecnie ma bardzo jasne. Tylko czasem, jak słońce odpowiednio zaświeci, pojawiają się złote refleksy. Zobaczymy, co będzie dalej...

A kto chce się dowiedzieć, skąd się biorą rude włosy zapraszam tutaj.

czwartek, 21 listopada 2013

Rzuć to, czyli rzecz o paleniu

Plusem bywania biurwą jest codzienne przeglądanie maili przychodzących na adres domu kultury. A bywają na prawdę ciekawe. Na przykład dziś dostaliśmy ofertę od chłopaka, który lewituje (sic!). Ale ja nie o tym. To właśnie z naszej poczty dowiedziałam się, że w trzeci czwartek listopada obchodzony będzie Światowy Dzień Rzucania Palenia. Nadawcą maila była Powiatowa Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna - swoją drogą nie takie straszne te panie z Sanepidu (stereotypom dotyczącym wykonywanych zawodów mówimy: nie!).

Z listu: "Substancje [zawarte w papierosach i dymie papierosowym] mogą powodować poważne skutki zdrowotne i przyczyniać się do rozwoju różnych chorób. Powodują, między innym: choroby układu oddechowego: rozedmę płuc, przewlekłe zapalenie oskrzeli, raka płuc, raka języka, raka wargi, raka jamy ustnej, raka krtani, raka tchawicy, przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, astmę oskrzelową, gruźlicę; choroby układu krążenia: chorobę niedokrwienną serca, zawał mięśnia sercowego, miażdżycę zarostową kończyn dolnych, nadciśnienie tętnicze, tętniaka aorty; inne choroby: raka nerki, raka pęcherza moczowego, raka przełyku, wrzody żołądka oraz dwunastnicy, przepukliny jelitowe, choroby oczu (katarakty, niedowidzenia, degenerację plamkową), impotencję, upośledzenie płodności.


Każdy rok palenia kosztuje osobę palącą 3 miesiące życia. W przybliżeniu ocenia się, że 50% głęboko uzależnionych palaczy, którzy zaczęli palić we wczesnym okresie życia, umrze właśnie z tego powodu, a połowa z nich umrze w średnim wieku, co oznacza, że przeżyją o 20-25 lat mniej od osób niepalących. Na szczęście jest też dobra wiadomość – każdy rok od chwili rzucenia palenia to odzyskane 3 miesiące życia. (Europejski kodeks walki z rakiem – prof. Witold Zatoński) 

Palenie można rzucić bez względu na wiek i to będzie się opłacało.

Przykładowo:
- 20 minut po rzuceniu palenia – spada tempo bicia serca;
- 8 godzin po rzuceniu palenia – normuje się poziom tlenu;
- 2 tygodnie do 3 miesięcy po rzuceniu palenia – poprawia się funkcjonowanie płuc, spada
ryzyko zawału;
- 1 do 9 miesięcy po rzuceniu palenia – zmniejsza się kaszel i zanika brak tchu;
- rok po rzuceniu palenia – spada o połowę ryzyko zachorowania na chorobę wieńcową w
porównaniu do ryzyka u osoby nadal palącej. (Projekt „Odświeżamy nasze miasta” – Podręcznik dla funkcjonariuszy PIS)

Rozstać się z papierosem nie jest łatwo, ale zawsze można spróbować. Większość byłych palaczy przestaje palić zwykle po 5-8 próbach. Warto wspomnieć o e – papierosach ponieważ nie są one dobrą alternatywą w stosunku do papierosów tradycyjnych. Palenie ich może mieć negatywny wpływ na zdrowie ze względu na brak rzetelnych opracowań medycznych dotyczących ich szkodliwości (Wartości substancji szkodliwych zawartych w e – papierosie mogą być wyższe niż w tradycyjnym papierosie).

Jeżeli ktoś chciałby rzucić palenie to może zastosować się do rad zawartych w poradniku prof. Witolda Zatońskiego pt. „Jak rzucić palenie”, który znajduje się na stronie internetowej


Można również skorzystać z Telefonicznej Poradni Pomocy Palącym tel. 0 – 801 108 108."


Powiedzmy sobie szczerze: lekarze w kwestii palenia święci nie byli (patrz: lata 60. i serial "Mad Men") i nie są (patrz: ilość zaciągających się medyków), my (tzn. ja i M.) też mamy coś na sumieniu, ale o tym może innym razem.


Ważne, że nie palimy i nie popieramy. 

Jeśli ty palisz - to twoja sprawa. Jeśli palisz przy mnie - zaczynasz mnie wkurzać. Natomiast jeśli palisz przy moim dziecku - w myślach wyciągam mojego kałasza i rozwalam cię na milion kawałków.

Proszę sobie powyższą groźbę karalną wziąć w cudzysłów, ale mój przekaz jest chyba jasny.

wtorek, 19 listopada 2013

Dzielny pacjent, czyli kto się boi lekarza

Ale wstyd!!! 

H. boi się lekarzy. No, żeby córka pana doktora wpadała w panikę na widok białego kitla? I nie mówię tu o lekkim dystansie, niechęci, czy nawet odrazie. Mam na myśli spazmy, wrzaski i ataki furii.

Do ukończenia przez H. pierwszego roku życia odwiedzaliśmy różnego rodzajów specjalistów, ale raczej w celu konsultacji. Na szczęście poważne choroby nas ominęły. Powiedziałabym, że wizyt było trochę powyżej średniej, którą obliczyłam sobie obserwując znajomych rodziców z małymi dziećmi. Natomiast po roczku zaczęły się intensywniejsze kontakty z innymi dziećmi, a co za tym idzie wymiana bakterii i wirusów. Pojawiły się lekkie przeziębienia, które w myśl zasady, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, czasem wymagały osłuchania przez pediatrę. I to owe trzy zaledwie wizyty spowodowały wrogość H. do medyków. A nasza pani pediatra się tak starała: delikatnie badała, przemawiała, zabawki pokazywała... Nawet naklejkę podarowała:


Cóż, wiele można o H. powiedzieć, ale na pewno nie zasługuje na miano "dzielnego pacjenta".  Wiem, że u dorosłych zaobserwowano "syndrom białego fartucha" objawiający się wzrostem ciśnienia na widok lekarza, ale żeby dziecko już na wstępie się zraziło?

Postanowiliśmy działać. Kupiliśmy zestaw "Poznaj swojego wroga", czyli komplet przyborów lekarskich i jazda: osłuchujemy H. i siebie nawzajem, robimy zastrzyki lalom, badamy przewody uszne misiom, mierzymy ciśnienie kotu... Innymi słowy: bawimy się w lekarza i proszę mi tu bez zbędnych skojarzeń.


Trzymajcie kciuki, choć mam nadzieję, że okazja do przetestowania skuteczności metody szybko się nie pojawi!


czwartek, 7 listopada 2013

10 000, czyli sex i szczepionki

Na blogu pękło 10 000 wyświetleń, więc bardzo Wam wszystkim (znajomym i nieznajomym) dziękuję za odwiedzanie! No i chcę podkreślić, że licznik nie wlicza moich odsłon, uczciwie sumuje tylko zewnętrzne wyświetlenia. 

Z tej zacnej okazji na blogu parę kosmetycznych zmian. Po pierwsze: licznik. Noo, musiał się pojawić, skoro jest się czym pochwalić. Po drugie: wyszukiwarka. Po trzecie: etykiety - zadałam sobie trochę trudu i posegregowałam posty w grupy. Wyszło mi, że sporo się powtarzam... W każdym razie, jeśli kogoś interesują tematy związane z dziećmi, to teraz je na pewno łatwiej odnajdzie w jednym miejscu, o medycynie (czyli o czymś, o czym nie mam bladego pojęcia) piszę w "quasi-medycznie", "promo" to posty o nas i blogu, "kompleksy polskie" to sprawy, które mnie denerwują (pisanie o nich działa na mnie terapeutycznie), a jeśli ktoś chce poznać życie intymne lekarzy to zapraszam do "lekarz też człowiek". Reszta etykiet jest chyba jasna i mówi sama za siebie. A propos życie intymne, to zdradzę jak podbić statystyki na blogu: wystarczy użyć 2 słów-kluczy: sex i szczepienia - wzrost liczby odwiedzin gwarantowany (te posty mają u mnie najwięcej odsłon). A tak serio: nie traktujcie tu wszystkiego co piszę tak bardzo... serio.

Po czwarte i ostatnie - wreszcie rozszerzam listę blogów, które odwiedzam:

Perfekcyjnej Ani apartament44.blogspot.com
Niepokornej Ewy www.piegowata-ewa.pl
Utalentowanej Alicji alicjapardej.blogspot.com
Wrażliwej Joanny ioanqa.blox.pl
Kawowej Bożeny guajirass.wordpress.com
Wierzącej Anny bubinkowo.blogspot.com
Poprawnej Magdy filolozka.brood.pl
Podróżującej Basi podrozehani.blogspot.com
Analizującej Anity www.srokao.pl
(roz)Stającej się Agnieszki 365agni.blogspot.com

Każdy blog jest inny, ale coś je łączy - piszą je utalentowane kobiety. Piękne i zdolne mamy Polki, a dziś podobno jest Dzień Feministek, wiedzieliście?

W blogosferze za dużo nie siedzę, więc nie mam pojęcia, czy 10 000 w rok to dużo, czy mało. Mi się wydaje dużo, jak na blog w założeniu pisany dla znajomych, mój brak zaangażowania w promocję na innych blogach i średnio ledwo trzy posty w miesiącu. Uchylając rąbka tajemnicy przyznam, że tematów mi nie brakuje, za to czasu tak. Każdy post powstaje w jeden wieczór, ale długo dojrzewa w mojej głowie. Po prostu wolę pobawić się z H. i (trochę) poprzebywać z M., niż pisać blog. Ale to chyba zdrowe. The real world is out there.

sobota, 2 listopada 2013

Zaduszki, czyli na poważnie o śmierci

Zastanawialiście się kiedyś, co czuje lekarz, któremu umrze pacjent?

Bo ja wielokrotnie myślałam o tym, co przeżywa M. tracąc chorego.

W moim życiu jest parę duchów zmarłych krewnych i znajomych. Wiem, że w świecie M. jest tych dusz o wiele, wiele więcej.

Lekarze różnie podchodzą do tematu śmierci. Znam takich, którzy zawierzają to Bogu. Znam takich, którzy stosują wyparcie. Znam wreszcie takich, który obracają wszystko w czarny humor mówiąc: "po dzisiejszym dyżurze 1:0 dla Tej z Kosą", "pacjent z 5 wylądował na 12 piętrze" [w szpitalu jest 11 pięter], "ten z 6 wybiera się do domu. Ale do Domu Pana".

Mnie już to nie szokuje, żadne zachowanie doktorów nie dziwi. Bo wiem, że na postawione na wstępie pytanie nie można odpowiedzieć. Tego sobie nie można wyobrazić.

M. do wylewnych nie należy, sporadycznie przynosi pracę do domu, a już niezwykle rzadko rozmawia ze mną o śmierci swoich pacjentów.

I właśnie dlatego tak bardzo mnie wczoraj (w Dzień Wszystkich Świętych) zaskoczył: "Dziwnie tak chodzić po tym cmentarzu - wiedząc, że leży tu tak dużo osób, którym starałem się pomóc, ale się nie udało."

by Subyello, via Flickr

czwartek, 31 października 2013

Halloween, czyli tydzień żywych trupów

Dawno postu nie było, bo... chora byłam. Pamiętacie, jak pisałam o szczepionce przeciwko grypie? Tu zamieszczam link, można sobie odświeżyć. Otóż postanowiłam przestać teoretyzować i sama się również zaszczepić. Poświęciłam się, ale to wszystko dla was - na pewno to docenicie...

Ale nie tylko chęci poznawcze mną kierowały. Inne powody (wymieniam w przypadkowej kolejności) to:
1. Czuję się ostatnio osłabiona, mój organizm daje mi znać, że nie jest OK
2. Nie chcę zarazić czymś poważnym H.
3. M. ma non stop kontakt z wirusami i bakteriami, a ja mam kontakt z nim (choć nie non stop)
4. Sezon się jeszcze na dobre nie zaczął, a ja już zaliczyłam przeziębienie i tzw. grypę żołądkową
5. Wyznaję szczerze: nie jadam zdrowo, nie prowadzę też aktywnego stylu życia

Poszłam więc na łatwiznę i w miniony piątek zakupiłam w aptece (bo w przychodni zabrakło) szczepionkę, a następnie zostałam przez miłą panią pielęgniarkę nakłuta.

Rezultaty? Przez dwa dni po szczepieniu napiep... bolała mnie ręka, a potem wystąpiły objawy przeziębienia (ból gardła, katar, uczucie zmęczenia). Wow, ja to mam szczęście. Pytałam wszystkich znajomych, którzy się szczepili - nikt nie miał objawów poszczepiennych. Łyknęłam więc superhipersilny lek - taki, co to się go bierze, jak się jest chorym, a do pracy chodzić trzeba (jakoś w październiku i listopadzie mamy w domu kultury wysyp imprez, a poza tym staram się wykonywać obowiązki pełnego etatu w 3/4, powtarzam: staram się). 

Przez ostatni tydzień chodziłam więc lekko zamroczona, prawdziwe zombie, ale M. wspominał coś o silnych składnikach owego leku... W każdym razie: dziś już jest lepiej i wcale (już) nie żałuję, że się zaszczepiłam. Zobaczymy, jak przeżyję sezon grypowy.

Muszę jeszcze dodać, że ten post nie jest sponsorowany przez żadnego producenta szczepionki przeciwko grypie i niestety nie dostanę za jego napisanie wycieczki do ciepłych krajów. Niestety.


Co do wyższości Dziadów (i Wszystkich Świętych, a co za tym idzie Dnia Zadusznych) nad Halloween, to nie będę się rozpisywać - wszyscy już to zrobili - od wielu lat, konsekwentnie stoję pośrodku i wyznam krótko: Halloween - nie obchodzę, ale też nie potępiam. 



piątek, 11 października 2013

Porszaki i dżaguary, czyli pokaż lekarzu, co masz w garażu (kompleksy polskie część druga)

Obiecany tu post.

Też macie wrażenie, że w Polsce nie wybacza się sukcesu, a już szczególnie jeśli idzie on w parze z dobrą sytuacją finansową? Bo ja tak i to od dawna - na długo przed tym, jak z dziewczyny po humanistycznych studiach, z 6-osobowej średniozamożnej rodziny, stałam się spełnioną zawodowo kobietą i żoną swojego męża, którego zawód predestynuje do zaliczania się do elity (uwaga: ironia!). 

Gdy gdzieś w mediach pojawia się narzekanie lekarzy na zarobki, zwykle jakiś anonimowy komentator prędzej czy później przypomni owo słynne porzekadło "pokaż lekarzu, co masz w garażu". Chyba nikt oprócz księży nie jest tak często rozliczany z tego, czym jeździ. Ale o księżach tu dziś nie będzie, nazwisko pewnego arcybiskupa pojawiło się odmieniane przed wszystkie przypadki u prawie wszystkich moich znajomych, więc wybaczcie, ale ja sobie podaruję ten temat.

Więc jak to jest z autami lekarzy? Powiem tak: znam takich, którzy rozbijają się samochodami, których ceny moja niezdolna do matematycznych uniesień głowa nie jest w stanie ogarnąć. Ale znam też takich, który poruszają się czymś, co bardziej przypomina kuwetę na kółkach niż auto. Jest to więc uwarunkowane sytuacją finansową - każdy jeździ tym, na co go stać. Czyli (co może być dla niektórych szokiem) dokładnie tak jak w innych grupach zawodowych! Choć trzeba uczciwie powiedzieć, że "doktory" mają słabość do luksusowych marek... Może dlatego, że sporo czasu spędzają w drodze, a dilerzy skutecznie ich kuszą.

Czym jeździ M.? Otóż M. jeździ niezłym furaczem. Oczywiście co jest dla kogo furaczem jest względne, ale jeśli chodzi o mnie, to ma prawdziwie wypasioną brykę - normalnie cudo niemieckiej myśli inżynieryjnej. I tu podziękowania dla brata M., który jako pracownik korporacji motoryzacyjnej związanej z ową niemiecką marką, ma duuuże zniżki dla swojej rodziny (pozdrawiamy cię Mr!). 

Czym jeżdżę ja? Po sprzedaży mojego poprzedniego auta obiecaliśmy sobie, że kolejnego francuza nie kupimy. Niedawno, po pół roku oszczędzania, kredytowania i przeglądania milionów ofert na portalach samochodowych kupiliśmy wreszcie samochód dla mnie. I tu zaskoczenie: wybraliśmy.... popularny model francuskiego producenta. No cóż, podobno człowiek uczy się na błędach - my do tych ludzi najwyraźniej nie należymy. I tu kolejne podziękowania, tym razem dla naszego Szefa Wszystkich Mechaników (zwanego też Królem Zderzaków) za zniżkę w warsztacie. A przy okazji pozdrowienia dla naszej dystrybutorki części zamiennych, dla której rozmowa o reflektorach ksenonowych do golfa to czysta przyjemność. 



I na koniec chciałam jeszcze dodać, że jak już będziemy obrzydliwie bogaci to M. będzie jeździł porsche 911, a ja jakimś pięknie odrestaurowanym, starym jaguarem.

sobota, 28 września 2013

Chłopiec czy dziewczynka, czyli o wyższości jednej płci nad drugą (kompleksy polskie część pierwsza)

Będąc z ciąży na wieść o tym, że noszę w brzuchu dziewczynkę, usłyszałam coś w stylu: "Fajnie fajnie, ale chłopak jeszcze musi być." Powiedziały mi to dwie różne osoby: w innym wieku, z różnymi doświadczeniami i wykształceniem. Tak się złożyło, że łączyło ich tylko to, iż obaj byli ojcami synów i na moje oko wyznawali totalny patriarchat. 

Ja się pytam: O CO CHO?! Żyjemy w Chinach, czy co? I jeszcze te gadki o przedłużeniu rodu (arystokracja to, czy szlachta może?), kontynuacji nazwiska (tak jakby kobiety nie mogły zostawać przy swoim nazwisku panieńskim), wyższości mężczyzn nad kobietami... A już zupełnie powalają mnie przekazywane sobie z ust do ust "pewne" metody na spłodzenie potomka płci męskiej. Ludzie, litości!

Jak to dobrze, że M. nie ma kompleksów i mimo tego, że nie zbudował domu, nie posadził drzewa (tuje się chyba nie liczą, co?), ani nie spłodził syna, czuje się prawdziwym mężczyzną.

Od czego zależy płeć z punktu wiedzenia medycyny, a dokładniej genetyki? W skrócie od tego, który plemnik zdoła wniknąć do komórki jajowej - niosący chromosom Y (poczyna się chłopiec), czy ten niosący chromosom X  (dziewczynka). Dla jednych czysta biologia i chemia, dla innych przypadek, jeszcze inni będą wierzyć w moc sprawczą siły wyższej. 

Jakiś czas temu napisałam gdzieś, że fajnie mieć dziewczynkę. Ale nie muszę mieć chłopczyka, żeby wiedzieć, że tak samo fajnie mieć synka, jak i córkę. To dla mnie oczywiste, jasne, naturalne. 

I tak sobie ostatnio myślę, że o tym, która płeć jest lepsza od drugiej mogą dyskutować tylko osoby, które:
1. nie mają własnych dzieci
2. mają dzieci, ale nigdy nie drżały o ich zdrowie i życie
3. mają, drżały, ale są po prostu ...

Wiem, że powiedzenie "nieważne co, byleby było zdrowe" jest wyjątkowo zgrane, ale przecież jednocześnie takie trafne. Bo kiedy wspominam o tym, co H. kiedyś przeszła i myślę o tym, co teraz przechodzi malutki N., to utwierdzam się tylko w przekonaniu, że te rozważania o płci są bzdurne! To cudowne, że jesteśmy tacy RÓŻNI I RÓWNI!


PS Grzecznie więc proszę - jeśli będę w drugiej ciąży - darujcie sobie hasło: "No. To teraz do pary musi być chłopak!"


Zainteresowanych tematem odsyłam do bloga Piegowatej Ewy o TU trzeba kliknąć. Mój post został nazwany "cudownym", więc muszę, po prostu muszę, zamieścić tu odnośnik do tego tekstu;)

czwartek, 19 września 2013

Pogromcy Mitów Medycznych, czyli zmierz się z faktami



Dziś krótko, bo myślami jestem bardzo daleko, za Oceanem...

Jakiś czas temu ktoś wrzucił link do mojego posta o szczepieniach na pewien portal medyczny, tytułując mój tekst jako "głos laika" (bardzo zresztą trafnie). Linkować tego posta wyjątkowo nie będę, bo i tak ma setki wyświetleń. Cóż, temat ważny i kontrowersyjny.

W każdym razie w ten sposób poznałam portal www.pogromcymitowmedycznych.pl


Piszą o swojej misji tak:


"Portal Pogromcy Mitów Medycznych to nowatorski projekt internetowy, tworzony wspólnie przez specjalistów i internautów, mający na celu obalanie nieuzasadnionych poglądów na temat zdrowia. Mit, w rozumieniu twórców portalu, to fałszywe twierdzenie powstałe z przesądów, uprzedzeń i niesprawdzonych informacji. Mity powielane w dyskusjach i na forach internetowych, przenikają do świadomości społecznej i rozprzestrzeniają się szybko niczym wirus. Część obiegowych opinii na temat zdrowia, nawet jeśli wydają się absurdalne, mają swoje uzasadnienie w medycynie i są faktami. Jednak większa część to mity, które wprowadzają nas w błąd, a stosowanie ich w leczeniu czy profilaktyce może prowadzić do trwałego uszkodzenia zdrowia. Wszystkie twierdzenia dotyczące zdrowia, pojawiające się na naszym portalu będą poddawane weryfikacji, w celu ustalenia, czy są prawdą czy fałszem. 

Do współpracy w ramach portalu Pogromcy Mitów Medycznych zapraszamy lekarzy różnych specjalizacji, a także studentów medycyny oraz wszystkich internautów zainteresowanych tematem zdrowia. Chcemy propagować wymianę doświadczeń i wiedzy, zarówno w sprawach chorób, jak i w codziennych kwestiach dotyczących naszego trybu życia i zdrowego funkcjonowania. Doświadczenie i autorytet naszych ekspertów, którzy będą moderować artykuły i wypowiedzi pojawiające się na portalu, stanowi gwarancję najwyższego poziomu merytorycznego wniosków, jakie będziemy wyciągać z dyskusji, toczących się na stronach nowego portalu."

Dla tych, którym się nie chce czytać tekstu powyżej - obrazki, czyli filmik propagandowy:


Ciągle sobie obiecuję, że poczytam artykuły na portalu, ale jakoś wciąż jest coś ważniejszego do zrobienia. Dlatego polecam trochę w ciemno, ale myślę, że jeśli interesuje was tematyka medyczna (a sądzę, że skoro tu zaglądacie, to tak - chyba, że to czysty voyeuryzm, hmm?), to znajdziecie tam sporo interesujących materiałów. 









niedziela, 8 września 2013

Sex, drugs and rock&roll, czyli o pasjach lekarzy

M. ma pięć pasji:
1. córeczka,
2. żoneczka (na tym etapie życia łaskawie godzę się na drugie miejsce),
3. utrzymywanie porządku,
4. tennis ziemny,
5. kolekcjonowanie porsche 911.

W piątek i sobotę uczestniczył w swoim pierwszym "branżowym" turnieju tenisowym. Zajął trzecie miejsce w swojej kategorii grupowej i drugie w deblu. Pękamy z dumy. 

Okazja ta zmobilizowała mnie do napisania paru słów o pasjach lekarzy. Przeglądając gazety lekarskie prenumerowane przez M., zauważyłam że lekarze bardzo chętnie oddają się hobby i to mimo ustawicznego zapracowania. Wędkują, latają, uprawiają sporty, ale i piszą, malują, śpiewają. To chyba wynika ze specyfiki tego zawodu. Wierzcie mi: po przyjściu z pracy opowiadanie o niej to ostania rzecz na którą M. ma ochotę. 

Medycy łączą się w pary najczęściej z innymi lekarzami (ewentualnie z osobami z ich środowiska: pielęgniarkami, laborantkami, farmaceutkami, przedstawicielkami farmaceutycznymi).  Nie wynika to jednak z chęci zamknięcia się w swojej kaście, tylko z prozaicznego powodu, że związki rodzą się zwykle na studiach. Jeśli tam się nie uda kogoś poznać, to potem już tylko w pracy, bo czasu by gdzieś wyjść zwykle nie ma. Przy okazji nieformalnych spotkań z innymi lekarzami zauważyłam, że większość z nich to prawdziwi pracoholicy i między sobą mogą opowiadać o robocie bez przerwy. Zwykle jestem jedyną w towarzystwie "nie-lekarką" i nic nie rozumiem z ich medycznego bełkotu, więc śmiertelnie się nudzę. Lekarz z pasją w takiej grupie to dla mnie prawdziwe wybawienie, bo można z nim pogadać o czymś więcej niż o babie, co to do niego przyszła.


Co z tego wynika dla nas pacjentów? Wybierajcie lekarzy z pasją. Hobby pomaga zapomnieć, odstresować się, zdystansować i zrelaksować. Szczęśliwy lekarz = zadowolony pacjent. Nie namawiam was do wyrecytowania jednym tchem przy następnej wizycie: "Dzieńdobrybolimniegardłoaprzyokazjimapanjakąśpasję?". Ale jeśli kiedyś będziecie się wahać pomiędzy doktorem posiadającym hobby, a takim który żyje tylko swoją pracą - to wybierzcie tego pierwszego.


Aha i jeszcze jedno gwoli wyjaśnienia: M. zbiera porszaki, ale (na razie, hehe) modele w skali 1:18. Wszystkich zainteresowanych tematyką motoryzacyjną w kontekście medycznym informuję, że post "Pokaż lekarzu, co masz w garażu" się pisze.
Aktualizacja z 11.10.2013 - post ów znajdziecie klikając tutaj

sobota, 31 sierpnia 2013

Pilch i Smarzowski, czyli duet idealny

Po "Weselu" miałam doła. A w dodatku oglądałam je na kilka tygodni przed własnym i to z polecenia przyszłego teścia, co dodawało dodatkowego smaczku całej sprawie. Po zobaczeniu "Domu złego" razem z M. czuliśmy się... zmieleni. To chyba będzie odpowiednie słowo. Ten film długo w nas tkwił. Na "Różę" szliśmy do kina przygotowani. I rzeczywiście było tak, jak napisał jeden z recenzentów: gdy tylko wydawało się, że bohaterowie wychodzą na prostą, spotykało ich kolejne nieszczęście. Nie miało się jednak wrażenia, że reżyser i scenarzysta znęcają się nad nimi, ich losy były dobrze umotywowane. W trakcie wychodzenia z sali patrzyliśmy więc z lekkim pobłażaniem na wstrząśniętych ludzi, głównie pary (akurat były walentynki), które spodziewały się chyba "fajnego filmu z tym przystojnym aktorem". Dawno nie widziałam tylu osób wychodzących z seansu z multipleksu w całkowitym milczeniu. Ostatnio zapoznaliśmy się także z "Drogówką" i znowu nami zatrzęsło. 

Dlatego niesamowicie się ucieszyłam, że Wojciech Smarzowski wziął się (a podobno właściwie już skończył) za prozę mojego ulubionego pisarza - Jerzego Pilcha.

Pilchowi poświęciłam dwa lata. Czytałam go już w liceum, ale dopiero na studiach poznałam dokładnie jego prozę, felietony, a także działalność medialną. Pamiętam, jak na pierwszym seminarium moja opiekunka pracy magisterskiej zaczęła wymieniać pisarzy, w których się specjalizuje, a mi brzmiało w uszach tylko jedno nazwisko "Pilch, Pilch, Pilch". I tak mi zostało do dziś. Z ogromną przyjemnością przeczytałam jego ostatnią powieść. Walnęłabym tu jakąś recenzję, ale musiałabym powtórzyć to, co wszyscy inni: że fraza, że luteranie, że śmiesznie, a czasem strasznie, nawet mrocznie. Bo Pilch w "Wielu demonach" rozprawia się ze śmiercią i robi to zacnie.

Z niecierpliwością czekam na początek przyszłego roku i ekranizację "Pod Mocnym Aniołem". Tym bardziej, że w książce (a i jak się zapowiada w filmie) ważny jest wątek medyczny.

Poniżej interesujący materiał z planu najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego. 


wtorek, 27 sierpnia 2013

O nas, czyli kto jest kim (sierpień 2013 - aktualizacja)



A. - kulturoznawczyni. Przez rok intensywnie udzielała się jako House Manager/Baby Assistant w firmie Family. Wróciła do pracy zawodowej i spełnia się jako specjalista (który zna się na wszystkim, ale na niczym dokładnie) w Domu Kultury. Humanistka. Optymistka. Idealistka, ufa ludziom. Rozdarta pomiędzy Desperate, a The Perfect Housewife. Wierzy w zdrowy rozsądek i dystans. Stosuje samokrytycyzm, ale jest przewrażliwiona na swoim punkcie.



M. - lekarz w trakcie specjalizacji. Pracuje w szpitalu, poradni, sporo dyżuruje. W domu bywa - czasami. Pan na włościach, domowy perfekcjonista. Umysł ścisły. Pesymista. Uważa, że ludzie kłamią, szczególnie pacjenci. Skupiony na zapewnieniu rodzinie wysokiego standardu życia. Z wyglądu niedostępny, zyskuje przy bliższym poznaniu. Lubi swoją pracę, szanuje swoją żonę i jest zakochany w swojej córeczce.



H. - najnowszy nabytek w rodzinie. Zwana Lwicą z Ligoty. Głośna. Cudna. Ciekawska. Codziennie uczy się czegoś nowego, zadziwiając i zachwycając rodziców. Rozwija się w swoim tempie. Uwielbia przeglądać książki, uzależniona od przytulania, dzieli stworzenia na "dzidzi" (ludzie) i "koko" (zwierzęta). Znana z wybuchów śmiechu w najmniej spodziewanych momentach. Na razie dokładnie nie wiadomo, co z niej wyrośnie. 



E. - kot rasy Russian Blue. Zdetronizowany pupil. Z królewską godnością znosi odstawienie na boczny tor. Towarzyszy swoim podwładnym (czyli A.M.H.) przy każdej, nawet najintymniejszej czynności. Raczej opanowany, ale od czasu do czasu dostaje kotolca (koci odpowiednik - pardon - pierdolca). Gdy nie goni za szeleszczącym papierkiem, zwykle zajmuje się tym, czym wszystkie koty w wolnym czasie, czyli obmyśla plan pozwalający na zawładnięcie światem. Pochodzi z hodowli Grey Sky*PL www.greysky.pl


Poprzednia wersja "kto jest kim" TU.

środa, 21 sierpnia 2013

Znieczulenie, czyli jak zakochałam się w anestezjologu

Do porodu nie miałam nigdy żadnej operacji. Jakoś poważne zabiegi mnie szczęśliwie omijały. Dlatego anestezjolog kojarzył mi się z lekarzem, który w trakcie operacji siedzi sobie z boku i czyta, gra, ewentualnie dłubie w nosie.

Tak było do mojego cesarskiego cięcia, podczas którego zauroczył mnie właśnie anestezjolog. Tak - zakochałam się (spokojnie: tylko tymczasowo i już mi przeszło). Jak wiecie z poprzedniego wpisu, moja operacja była dość niespodziewana. Miałam wrażenie, że cała akcja nie dotyczy mnie, że stoję sobie obok i wszystko obserwuję. Byłam przerażona, ale zachowywałam spokój, a to dlatego, że Dr Potter (którego nazwałam tak ze względu na urodę wiecznego chłopca) non stop do mnie mówił. Opowiadał co robi, co robią operujący ginekolodzy, co się za chwilę wydarzy. I to również on powiedział mi najważniejsze zdanie w tym całym zamieszaniu: "Jest! Widzę pani córeczkę! Jest zdrowa/śliczna/cudowna!"* 

Nie wiem, czy anestezjolodzy zawsze rozmawiają z ciężarnymi, czy to ich obowiązek, czy dobra wola. Wiem natomiast, że słowa dr Pottera uratowały mnie psychicznie i za to jestem mu ogromnie wdzięczna. Chciałam nawet iść do niego z butelką wina, kawą i herbatą, ale dwie bliskie mi osoby, z których zdaniem się liczę, stanowczo mi to odradziły, przekonując, że kto jak kto, ale ja z dowodami wdzięczności do lekarza nie powinnam chodzić, by nie dawać złego przykładu... W zamian zaproponowały wizytę u niego i wręczenie pamiątkowego zdjęcia H. Sprawę przemyślałam i doszłam do wniosku, że posiadanie przez niego zdjęcia obcego dziecka mogło by rodzić niezręczne sytuacje (he, he, he), więc odpuściłam. Pozostaje mi tylko nadzieja, że dr Potter jakimś cudem trafi na ten blog, domyśli się, że o niego chodzi i przeczyta pean na jego cześć. I chociaż w ten sposób będę mu mogła podziękować.

Anestezjolodzy powoli wychodzą z cienia. Pamiętam, że parę lat temu wielu z nich wyjeżdżało za granicę, bo w Polsce byli jednymi z najgorzej opłacanych lekarzy. Dziś (podobno) ta sytuacja się zmieniła. Mam jednak wrażenie, że wciąż za mało poważamy ich pracę. Znane nam prywatnie małżeństwo młodych anestezjologów planuje emigrację do Anglii zaraz po ukończeniu specjalizacji. I to nie tylko ze względów finansowych, ale przed wszystkim z powodu panującej tam kultury pracy. Konkludując: doceniajmy dobrych anestezjologów, póki ich jeszcze w Polsce mamy. 

Przy okazji polecam wam stronę www.znieczulenie.org.pl - portal stworzony specjalnie dla pacjentów, który powstał pod patronatem naukowym Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii. Dowiecie się tam wszystkiego, co powinniście wiedzieć przed, w trakcie i po znieczuleniu. Można przeczytać najczęściej zadawane anestezjologom pytania, a nawet zadać jakieś samemu! Jest też starannie przygotowana zakładka "Wszystko co chce i powinno wiedzieć dziecko i rodzic przed znieczuleniem". Oczywiście absolutnie nie życzę wam, ani nikomu z waszych bliskich spotkania z anestezjologiem, ale... przygotowanym (choćby teoretycznie) warto być. 

No i pokochajcie tych naszych anestezjologów, tak jak ja!




* dokładnie nie pamiętam co powiedział, ale myślę, że zachowałam ogólny sens wypowiedzi:)




piątek, 2 sierpnia 2013

Poród, czyli jak H. przyszła na świat

Jakoś otaczające mnie kobiety z lubością rozprawiają o swoim porodzie. Jedne mają piękne wspomnienia (rzadkość), inne traumatyczne (większość). Ja też miałam fazę na opowiadanie, zaraz po, tylko mało kto chciał wtedy słuchać, bo wszyscy zafascynowani byli nowym życiem. I dobrze, bo tak miało być.

Dziś, dokładnie w rok po porodzie, mam już do tego wydarzenia dystans. Nikt mnie wtedy nie traktował jak żony lekarza, pacjentki VIP - nie dostałam pokoju z widokiem na morze, ani nawet napojów chłodzących. A panował niesamowity upał. Dodatkowo była pełnia księżyca, która sprawiła, że na porodówce było 9 rodzących (miejsc jest 4). M. siedział grzecznie na korytarzu i czekał aż go zaproszą na poród rodzinny. Ja leżąc już na sali, usłyszałam, że kobieta obok rodzi. Westchnęła (sic!) raz, potem drugi i usłyszałam krzyk jej dziecka. To było niesamowicie wzruszające. 

Wtedy po raz pierwszy spadło tętno naszej nienarodzonej córeczki. Przybiegła przejęta położna, która tego dnia miała pełne ręce roboty. Potem przyszedł mój ginekolog dr Cichy i uspokoił mnie, że to się czasami zdarza. Przy drugim alarmie maszyny rejestrującej KTG dr Cichy miał już poważniejszą minę i bąknął coś o cesarce. Co?! Jakiej cesarce?! Przez całą ciążę nastawiałam się na poród naturalny, bo to generalnie lepszy sposób na urodzenie, zarówno dla matki i dziecka (nie mówię tu o uzasadnionych medycznie wskazaniach do cesarskiego cięcia). Nie oglądałam żadnych filmików, nie czytałam forów, blogów, nie miałam żadnego planu porodu, bo uważam, że tego nie da się zaplanować - czego stałam się żywym dowodem. No OK, żeby być prawdomówną, raz u mojego gina zapytałam o cesarkę w związku z moją wadą wzroku (okazało się, że w moim przypadku nie jest wskazaniem do cięcia) i tyle. Dodatkowo byłam świadoma, że panuje swoista "moda" na chirurgiczne rozwiązywanie ciąży (M. na studiach robił nawet badania na ten temat). A tu taki news! 

Przy trzecim spadku tętna wszystko potoczyło się bardzo szybko, jak w "Ostrym dyżurze". Wszyscy nagle zaczęli w biegu rozbierać się z fartuchów i przebierać w sterylne stroje. Pamiętam, że położna w trakcie mojej jazdy na salę operacyjną rzuciła mi uspokajające spojrzenie (chyba widziała moje coraz bardziej powiększające się ze zdumienia oczy). Pamiętam moje spotkanie z anestezjologiem, dr Potterem, ale on zasługuje i doczeka się osobnego wpisu. Pamiętam też rozmowy operujących ginekologów nad moim brzuchem: 

dr Rozmowny: "Weź wyciągaj to dziecko, bo tu zaraz M. wskoczy swoim IPhone'm zdjęcia robić." 
dr Cichy: "Uhm."
dr Rozmowny: "Ależ mi pięknie szew wyszedł, normalnie P o l a n i c a, nie?"  
dr Cichy "Uhm."*

Chwila potwornego nacisku na brzuch i usłyszałam swoją maleńką. Dr Potter zapewnił mnie, że jest zdrowa. Po jej zbadaniu mogłam ją na chwilę zobaczyć - była taka śliczna! Byłam przygotowana na niezbyt estetyczny widok pomarszczonego dziecka utytłanego w mazi poporodowej, a tu takie cudo! Dopiero niedawno M. powiedział mi, że mała właśnie tak wtedy wyglądała, ale ja mu nie wierzę. No chyba że miałam wtedy wyrzut hormonów poporodowych i nie byłam w stanie tego trzeźwo ocenić. 


Potem nasza córka trafiła do inkubatora, a ja do sali poporodowej. M. został poinformowany o przebiegu zdarzeń (biedak przesiedział nieświadomy całej akcji na korytarzu). Przyszedł do mnie. Potem poszedł zobaczyć młodą. A potem znów do mnie. Popatrzyliśmy się na siebie i .... obydwoje zaczęliśmy płakać. Płakać nad sobą, zastanawiając się, czy dobrze zrobiliśmy pojawiając się tego dnia w szpitalu (dziś już wiemy że tak, bo spadki tętna w domu mogły się skończyć o wiele gorzej) i płakać nad maleństwem, nad jej paroma marnymi punktami Apgar i jej samotnością w inkubatorze. 

Taki to był poród - sami oceńcie, czy traumatyczny, czy piękny. 

Wieczorem dostałam zastrzyk i odleciałam w narkotyczny sen. A potem był kolejny dzień. Dzień, w którym pierwszy raz ukołysałam H. (bo wreszcie zdecydowaliśmy się na imię) w ramionach i który przyniósł wiele nowych wrażeń. A potem następny dzień, i następny, aż zrobił się z tego rok. Bardzo długi, cudowny, ale i męczący rok. 

I za ten rok chciałabym podziękować szczególnie dwóm osobom:
1. M. za to, że mimo chronicznego zmęczenia zawsze i we wszystkim mi pomagał przy H.
2. Mojej Mamusi za to, że przyjeżdżała do mnie nie tylko na kawę, ale przede wszystkim z pomocą.

A tak ogólniej dziękuję wszystkim tym, którzy znaleźli w tym roku czas, żeby mnie i H. odwiedzić - to było dla mnie bardzo ważne.


Chciałabym także serdecznie podziękować lekarzom i pielęgniarkom z mojego szpitala - tym, którzy nas wspierali, pocieszali i służyli radą, ale również tym, którzy nas ignorowali - od nich też się czegoś nauczyliśmy.





* dementuję - M. nie ma IPhone'a, a niezorientowanym wyjaśniam: w Polanicy Zdrój mieści się najstarszy i najsłynniejszy ośrodek chirurgii plastycznej w Polsce, z którego wywodzi się większość (jeśli nie wszyscy) chirurdzy plastyczni operujący w naszym kraju.

środa, 24 lipca 2013

Udar cieplny, czyli nie zostawiaj dziecka w aucie!

Nie ograniam. 

Pojawienie się nowego, mechanicznego członka rodziny (it's new / it's shiny / it's our mechanical baby) i sprawy z tym związane, zbliżający się nieubłaganie roczek H., poszukiwania poszukiwanej i tysiąc innych spraw, które chcę pozałatwiać przed Wielkim Powrotem do pracy sprawiają, że nie potrafię się odnaleźć.

Ale dziś zobaczyłam poruszający film promujący ważną akcję społeczną (jestem wielką fanką akcji społecznych) i musiałam o tym napisać.


Nie zostawiaj dziecka w samochodzie, a jeśli widzisz taką sytuację - reaguj!

Upały, upały, trwają upały i każdemu może przydarzyć się udar cieplny (słoneczny). Śmiertelny dla dzieci i osób starszych, niebezpieczny dla dorosłych.

Objawy:

- podwyższenie temperatury ciała
- zaburzenia świadomości, aż do jej utraty 
- skóra jest z reguły czerwona i gorąca, ale jej suchość nie jest objawem stałym 
- chwiejny chód
- przyśpieszone tętno
- przyśpieszony oddech
- ból i zawroty głowy
- nudności, wymioty
- mrowienie kończyn
- może dojść do wzmożenia odruchów i napadów drgawek
- z czasem także zatrzymanie krążenia



Pierwsza pomoc: działaj szybko i energicznie!


- Wezwij pomoc (tel. 999 lub 112)

- Przenieś chorego w chłodne, ciemne miejsce i zdejmij z niego nadmiar odzieży

- Rozpocznij intensywne chłodzenie – skrapiaj obficie wodą, ale nie lodowato zimną! Najlepiej letnią (ułatwia parowanie i nie powoduje obkurczenia naczyń skóry, które ogranicza eliminację ciepła). 
Następnie energicznie wachluj, by zwiększyć ruch powietrza lub – jeśli to możliwe – włącz wentylator

- W razie konieczności utrzymuj drożność dróg oddechowych

- Zapewnij opiekę, aż do pojawienia się fachowej pomocy.



niedziela, 30 czerwca 2013

Bulteriery, atleci i dzidziuś, czyli miłość do literatury wyssana z mlekiem matki

Kończąc czerwcowy wątek dziecięcy polecę wam moje (obecnie) ulubione książki dla H. Nie robię nic oryginalnego, bo na blogach mam znajdziecie dużo recenzji książeczek dla dzieci. Jednak bezpośrednim powodem do napisania tego posta był artykuł Dominiki Więcławek "Strzeżcie się durnych książeczek", który możecie przeczytać klikając tu. Zgadzam się z autorką, ale nie zrozumcie mnie źle - każdy książkowy prezent przyjmiemy z otwartymi ramionami. H. bowiem uwielbia przeglądać książeczki. Nie żebym udawała, że mam genialne dziecko, albo przypisywała sobie zasługi we wczesnej edukacji swojej córki. Po prostu H. tak ma i każdy kto ją widział wie, że z pudełka z zabawkami najczęściej wyciąga te papierowe. Mamy więc w domu przykłady prawie wszystkich z wymienionych  w artykule "durnych książeczek", ale dziś chciałabym wam napisać o zgoła innych, prześmiesznych, moich (i H. też) ukochanych:

1. Ola Cieślak "Od 1 do 10" 
  
Jak nie pokochać książki w której "cztery krępe bulteriery demonstrują złe maniery"?

2. Janusz Minkiewicz "Od A do Z"
Wiersz i rysunki z 1959 roku - I love retro!

3. Soledad Bravi "Księga dźwięków"
Z której można dowiedzieć się nie tylko jak robi dzidziuś, ale i ... 
gniazdko elektryczne.



Książki są świetnie wydane: na początku na plus zaskakują ich wymiary (1 i 2) oraz grubość (3), następnie ilustracje - zabawne, kolorowe, stylizowane na dziecięce rysunki (1 i 3), narysowane charakterystyczną kreską (2). A teksty powaliły mnie na kolana! Czyta się i ogląda bardzo przyjemnie, a najważniejsze że książka potrafi zainteresować i dziecko, i rodzica. 

Prawdopodobnie już jutro Pan Listonosz przyniesie kolejną perełkę - "Różnimisie" Agaty Królak - już nie możemy się doczekać! 

Wszystkie pozycje opublikowało Wydawnictwo Dwie Siostry, ich stronę znajdziecie pod adresem www.wydawnictwodwiesiostry.pl. Zobaczycie tam okładki polecanych przeze mnie dzieł. Książki rekomendowane są od 3 roku życia, ale spokojnie można je "użytkować" wcześniej.

Żona młodego lekarza i młody lekarz zalecają: czytajcie książki dzieciom!


niedziela, 23 czerwca 2013

Dzień Ojca, czyli córeczka tatusia

Kiedy H. przyszła na świat, M. spędził z nami trzy tygodnie swojego urlopu. Potem musiał wrócić do pracy i pomagała mi moja mama. Nastąpił dłuuugi okres niekończących się dni, podczas których ja "siedziałam w domu" z H., a M. pracował, pracował i pracował. W szpitalu, poradni i na dyżurach. Więc nieustannie mu trułam: "Kiedy weźmiesz urlop ojcowski? Mówiłeś już szefowi? Złożyłeś już wniosek? Wiesz, że masz czas tylko do pierwszych urodzin dziecka? To w końcu weźmiesz, czy nie weźmiesz?!". A M. z niewzruszonym spokojem odpowiadał, że weźmie, weźmie. I... stało się! W czerwcu spędziliśmy bardzo fajne dwa tygodnie. I jak ze wszystkim, tak i w tym wypadku M. miał rację, żeby trochę poczekać z ojcowskim. H. troszkę podrosła, jest z nią lepszy kontakt, a my staliśmy się bardziej mobilni. Co prawda przez pierwszy tydzień lało non stop, a w drugim H. dostała swojego pierwszego kataru, ale to nie przeszkodziło nam w planach. M. robił przy małej absolutnie wszystko, a ja mogłam się zająć od dawna odłożonymi i czekającymi na lepsze czasy sprawami. Pod koniec M. wyglądał jakby był 336 godzinę na dyżurze, zmęczonym głosem stwierdził, że z urlopem nie miało to nic wspólnego, ale przed wyjściem do pracy zostawił swojej córce liścik...


Wszystko co dobre szybko się kończy i M. ponownie rzucił się w wir obowiązków. Dziś w Dzień Ojca również nie ma go z nami. Ale H. postanowiła zrobić mu prezent i w wigilię święta po raz pierwszy samodzielnie stanęła w łóżeczku. Mamy przy tym nie było, miała wychodne i bawiła się na mieście, ale gdyby była, to nie byłby prezent dla tatusia, prawda?

No, a jak jutro tata wróci do domu, to czeka na niego jeszcze jedna niespodzianka.